Zegar wybił północ. Czerń nocy rozświetlił
blask fajerwerków, ciszę zakłócił dźwięk wystrzeliwanych petard i głosy ludzi.
Tylko on jeden milczał. Nadal był zły, że rodzice zmusili go do wyjścia na to
przyjęcie. Wolałby zostać w domu, uczyć się do matury, kończyć swój nowy obraz,
lub po prostu marnować czas na oglądanie jakiegoś filmu czy rozmowie przez
komunikator ze swoim przyjacielem, który wyjechał na drugi koniec kraju i którego
bardzo chciał zobaczyć za trzy dni, kiedy wrócą do szkoły, mimo iż wiedział, że
nie będzie to możliwe. Szczupłe, delikatne palce artysty, młodzieniec kurczowo zaciskał na barierce
balkonowej i w milczeniu wpatrywał się w niebo. Nikt, zupełnie nikt się nim nie
interesował. Rodzice, zbyt zajęci rozmowami i piciem drogiego szampana, nie
zdawali sobie sprawy, że wyszedł na piętro. A przecież robił wszystko, żeby
kiedykolwiek zwrócili na niego uwagę. Nawet do dziś jego złote, sięgające
łopatek włosy, na to przyjęcie przewiązane czarną wstążką, zdobiło mnóstwo
czerwonych i fioletowych pasemek, tak bardzo kontrastujących z zielenią jego
oczu, choć tak pasujących do alabastru skóry.
I niebyły zaskoczony, gdyby do
końca go nie zauważono. Oderwał w końcu wzrok od nieba i spojrzał w dół. Gdyby
skoczył, pewnie by przeżył. Ale chyba coś by mu się stało. Gdyby sobie złamał
nogę, to czy nie przypomniałby rodzicom, że nadal mają syna? Powoli wspiął się
na barierkę, uparcie patrząc w dół, na biel śniegu, barwne suknie kobiet,
ciemne garnitury mężczyzn. W głębi serca nie chciał skoczyć. Kochał swoje
życie, nie umiał się krzywdzić. Bardzo chciał, aby ktokolwiek kochał jego życie
równie mocno. Jednak poza przyjacielem, który przecież wyjechał na początku
września nikogo takiego nie było. Czy chciał wiele? Młody James White mieszkał
w ogromnym domu, miał wszystko, co tylko można kupić, ale pragnął jedynie
zainteresowania. Był bardzo samotnym chłopcem.
Nie przewidział, jak barierka
może być śliska. Zachwiał się. Był pewien, że spadnie. Serce zabiło mu mocniej,
ze strachu zaschło mu w gardle i nie mógł wydusić z siebie żadnego dźwięku.
Zacisnął mocno oczy, mając nadzieję, że przez to wszystko stanie się szybciej.
Spadnie, poczuje ból i chłód śniegu. Jednak stało się inaczej. Poczuł przyjemne
ciepło. Niepewnie otworzył oczy, by zrozumieć, że znów stoi ba balkonie, że
nikt nie patrzy w jego stronę. Nikt? W zaskoczeniu próbował zrozumieć, co się
stało. Szybko zlokalizował źródło ciepła i w końcu zrozumiał, że bije ono od
innego ciała. Że ktoś cały czas obejmuje go w pasie ramieniem i mocno przytula
do swojego ciała. Szybko się odsunął, niemal wyrwał z tego uścisku, wprost w
objęcia zimnego powietrza. Teraz zrozumiał, jak na balkonie jest chłodno. Jak
dużo ciepła przed chwilą otrzymywał.
- Kim ty w ogóle jesteś? – rzucił
opryskliwie, chociaż wcale nie chciał, żeby tak wyszło. Był samotnym chłopcem,
szybko zaczął się buntować. Poza rozpieszczonego dzieciaka tak bardzo weszła mu
w krew, że nie umiał nad tym zapanować. Jedno fioletowe pasemko wysmyknęło się
z kucyka i irytująco łaskotało Jamesa w mały, zadarty nos z boku którego lśnił
niewielki kolczyk. Uważnie zlustrował nieznajomego, który miał tak samo czarny
garnitur, jak większość mężczyzn tutaj, jednak koszulę miał też w tym kolorze,
co już samo w sobie było nieco inne. Wydawało się, że krótkie, zmierzwione
włosy i głęboko osadzone oczy także ma w barwie głębokiej czerni, ale nie był
pewien, bo fajerwerki wypuszczano coraz rzadziej, w mroku, który zaczynał
panować chłopak nie widział zbyt dobrze. Był za to pewien, że akcenty
rozjaśniające tę czerń były dwa. Krwistoczerwony krawat mężczyzny i jego
nienaturalnie blada skóra. Jim z rozbawieniem uznał, że przypomina on nieco
wampira.
- Marcus – rzucił mężczyzna tak,
jakby to było oczywiste – Chodź, pokażę ci coś – zaproponował. Chłopak był
pełen podziwu dla spokoju tego człowieka. Patrzył na jego wyciągniętą dłoń, na
jego twarz stężałą w oczekiwaniu. Mógłby odmówić, wrócić na parter, do Sali,
gdzie jego rodzice spędzali większość przyjęcia. Jednak po chwili wahania
zacisnął dłoń na jego palcach. Chłopak czuł, jak delikatny jest ten dotyk. Z
całą pewnością dłonie czarnowłosego mężczyzny nigdy nie zasmakowały pracy
fizycznej. Z całą pewnością był to ktoś bogaty.
Przebijali się przez grupy ludzi,
później już tylko wymijali służbę. To, że Marcus prowadzi go na drugie piętro,
zrozumiał dopiero, gdy wspinali się po marmurowych stopniach. Szli szybko, nie miał czasu by spojrzeć na barwne obrazy
wiszące na ścianach ani na to, ile tajemniczych, zamkniętych na klucz drzwi już
minęli. Lekko uchylone były te na końcu korytarza. Kiedy został tam
wprowadzony, natychmiast rozejrzał się z zainteresowaniem.
Ciężkie meble, wymyślnie
rzeźbione w hebanie kontrastowały z bielą ścian i dywanów. Pokój był prawie
pusty, nie licząc półki z książkami i jakimiś bibelotami, które zdaniem Jima
nie wymagały zbytniej uwagi, dużej szafy, biurka stojącego pod ścianą i dwóch
małych stoliczków nocnych, stojących po dwóch stronach ogromnego łoża z baldachimem,
na którym krwistoczerwona pościel całkowicie rzucała się w oczy. Okna były
zasłonięte, jedynym źródłem światła, była jedna świecąca żarówka w okazałym
żyrandolu.
- Co tu jest niby do pokazania? –
zapytał. Nagle przestał cokolwiek rozumieć. Wiedział na pewno, że jeśli to
sypialnia Marcusa, to jest on jakiś dziwny. Nikt nie ma tak pusto w swoim
pokoju. Spojrzał na niego wyczekująco. Nie był pewien, jakiej odpowiedzi w
ogóle oczekiwał, jednak na pewno nie takiej, jaką otrzymał.
- Miłość – usłyszał, by po chwili
poczuć usta mężczyzny na swoich własnych wargach, a jego duże dłonie na swoich
nadgarstkach.
Zegar wybił północ. Czerń nocy rozświetlił
blask fajerwerków, ciszę zakłócił dźwięk wystrzeliwanych petard i głosy ludzi.
Tylko on jeden milczał. Nadal był zły, że rodzice zmusili go do wyjścia na to
przyjęcie. Wolałby zostać w domu, uczyć się do matury, kończyć swój nowy obraz,
lub po prostu marnować czas na oglądanie jakiegoś filmu czy rozmowie przez
komunikator ze swoim przyjacielem, który wyjechał na drugi koniec kraju i którego
bardzo chciał zobaczyć za trzy dni, kiedy wrócą do szkoły, mimo iż wiedział, że
nie będzie to możliwe. Szczupłe, delikatne palce artysty, młodzieniec kurczowo zaciskał na barierce
balkonowej i w milczeniu wpatrywał się w niebo. Nikt, zupełnie nikt się nim nie
interesował. Rodzice, zbyt zajęci rozmowami i piciem drogiego szampana, nie
zdawali sobie sprawy, że wyszedł na piętro. A przecież robił wszystko, żeby
kiedykolwiek zwrócili na niego uwagę. Nawet do dziś jego złote, sięgające
łopatek włosy, na to przyjęcie przewiązane czarną wstążką, zdobiło mnóstwo
czerwonych i fioletowych pasemek, tak bardzo kontrastujących z zielenią jego
oczu, choć tak pasujących do alabastru skóry.
I niebyły zaskoczony, gdyby do
końca go nie zauważono. Oderwał w końcu wzrok od nieba i spojrzał w dół. Gdyby
skoczył, pewnie by przeżył. Ale chyba coś by mu się stało. Gdyby sobie złamał
nogę, to czy nie przypomniałby rodzicom, że nadal mają syna? Powoli wspiął się
na barierkę, uparcie patrząc w dół, na biel śniegu, barwne suknie kobiet,
ciemne garnitury mężczyzn. W głębi serca nie chciał skoczyć. Kochał swoje
życie, nie umiał się krzywdzić. Bardzo chciał, aby ktokolwiek kochał jego życie
równie mocno. Jednak poza przyjacielem, który przecież wyjechał na początku
września nikogo takiego nie było. Czy chciał wiele? Młody James White mieszkał
w ogromnym domu, miał wszystko, co tylko można kupić, ale pragnął jedynie
zainteresowania. Był bardzo samotnym chłopcem.
Nie przewidział, jak barierka
może być śliska. Zachwiał się. Był pewien, że spadnie. Serce zabiło mu mocniej,
ze strachu zaschło mu w gardle i nie mógł wydusić z siebie żadnego dźwięku.
Zacisnął mocno oczy, mając nadzieję, że przez to wszystko stanie się szybciej.
Spadnie, poczuje ból i chłód śniegu. Jednak stało się inaczej. Poczuł przyjemne
ciepło. Niepewnie otworzył oczy, by zrozumieć, że znów stoi ba balkonie, że
nikt nie patrzy w jego stronę. Nikt? W zaskoczeniu próbował zrozumieć, co się
stało. Szybko zlokalizował źródło ciepła i w końcu zrozumiał, że bije ono od
innego ciała. Że ktoś cały czas obejmuje go w pasie ramieniem i mocno przytula
do swojego ciała. Szybko się odsunął, niemal wyrwał z tego uścisku, wprost w
objęcia zimnego powietrza. Teraz zrozumiał, jak na balkonie jest chłodno. Jak
dużo ciepła przed chwilą otrzymywał.
- Kim ty w ogóle jesteś? – rzucił
opryskliwie, chociaż wcale nie chciał, żeby tak wyszło. Był samotnym chłopcem,
szybko zaczął się buntować. Poza rozpieszczonego dzieciaka tak bardzo weszła mu
w krew, że nie umiał nad tym zapanować. Jedno fioletowe pasemko wysmyknęło się
z kucyka i irytująco łaskotało Jamesa w mały, zadarty nos z boku którego lśnił
niewielki kolczyk. Uważnie zlustrował nieznajomego, który miał tak samo czarny
garnitur, jak większość mężczyzn tutaj, jednak koszulę miał też w tym kolorze,
co już samo w sobie było nieco inne. Wydawało się, że krótkie, zmierzwione
włosy i głęboko osadzone oczy także ma w barwie głębokiej czerni, ale nie był
pewien, bo fajerwerki wypuszczano coraz rzadziej, w mroku, który zaczynał
panować chłopak nie widział zbyt dobrze. Był za to pewien, że akcenty
rozjaśniające tę czerń były dwa. Krwistoczerwony krawat mężczyzny i jego
nienaturalnie blada skóra. Jim z rozbawieniem uznał, że przypomina on nieco
wampira.
- Marcus – rzucił mężczyzna tak,
jakby to było oczywiste – Chodź, pokażę ci coś – zaproponował. Chłopak był
pełen podziwu dla spokoju tego człowieka. Patrzył na jego wyciągniętą dłoń, na
jego twarz stężałą w oczekiwaniu. Mógłby odmówić, wrócić na parter, do Sali,
gdzie jego rodzice spędzali większość przyjęcia. Jednak po chwili wahania
zacisnął dłoń na jego palcach. Chłopak czuł, jak delikatny jest ten dotyk. Z
całą pewnością dłonie czarnowłosego mężczyzny nigdy nie zasmakowały pracy
fizycznej. Z całą pewnością był to ktoś bogaty.
Przebijali się przez grupy ludzi,
później już tylko wymijali służbę. To, że Marcus prowadzi go na drugie piętro,
zrozumiał dopiero, gdy wspinali się po marmurowych stopniach. Szli szybko, nie miał czasu by spojrzeć na barwne obrazy
wiszące na ścianach ani na to, ile tajemniczych, zamkniętych na klucz drzwi już
minęli. Lekko uchylone były te na końcu korytarza. Kiedy został tam
wprowadzony, natychmiast rozejrzał się z zainteresowaniem.
Ciężkie meble, wymyślnie rzeźbione w hebanie kontrastowały z bielą ścian i dywanów. Pokój był prawie pusty, nie licząc półki z książkami i jakimiś bibelotami, które zdaniem Jima nie wymagały zbytniej uwagi, dużej szafy, biurka stojącego pod ścianą i dwóch małych stoliczków nocnych, stojących po dwóch stronach ogromnego łoża z baldachimem, na którym krwistoczerwona pościel całkowicie rzucała się w oczy. Okna były zasłonięte, jedynym źródłem światła, była jedna świecąca żarówka w okazałym żyrandolu.
Ciężkie meble, wymyślnie rzeźbione w hebanie kontrastowały z bielą ścian i dywanów. Pokój był prawie pusty, nie licząc półki z książkami i jakimiś bibelotami, które zdaniem Jima nie wymagały zbytniej uwagi, dużej szafy, biurka stojącego pod ścianą i dwóch małych stoliczków nocnych, stojących po dwóch stronach ogromnego łoża z baldachimem, na którym krwistoczerwona pościel całkowicie rzucała się w oczy. Okna były zasłonięte, jedynym źródłem światła, była jedna świecąca żarówka w okazałym żyrandolu.
- Co tu jest niby do pokazania? –
zapytał. Nagle przestał cokolwiek rozumieć. Wiedział na pewno, że jeśli to
sypialnia Marcusa, to jest on jakiś dziwny. Nikt nie ma tak pusto w swoim
pokoju. Spojrzał na niego wyczekująco. Nie był pewien, jakiej odpowiedzi w
ogóle oczekiwał, jednak na pewno nie takiej, jaką otrzymał.
- Miłość – usłyszał, by po chwili
poczuć usta mężczyzny na swoich własnych wargach, a jego duże dłonie na swoich
nadgarstkach.
Zapowiada się ciekawie. Naprawdę bardzo ładny i lekki język. Znakomicie formułujesz zdania. Poza tym uwielbiam takie historie, końcówka genialna. :3
OdpowiedzUsuńNa pewno dodam do obserwowanych blogów.
Lena
http://esencja-draco-i-hermiony.blogspot.com/