wtorek, 1 stycznia 2013

Fajerwerki ~II



                Najpierw otworzył szeroko oczy z zaskoczenia, jednak powieki powoli mu opadały. Miał nieodpartą ochotę oddać pocałunek. Czuł ciepło drugiego ciała, niemal słyszał szybkie bicie swojego serca. Dłonie mężczyzny powoli poluźniły uścisk, chcąc spleść się z palcami Jamesa. I młody White miał na początku zamiar na to pozwolić. To było przyjemne.
Szybko jednak zbeształ się w myślach. Dlaczego bliskość innego faceta miała mu sprawiać przyjemność? Przecież nawet nie był gejem! Od jakiegoś czasu chciał się umówić z jedną z dziewczyn w swojej klasie. Nawet zdarzyło mu się przespać z kilkoma, kiedy już znajomy wyciągnęli go do jakiegoś klubu… Wykorzystał więc nagłą delikatność Marcusa i odsunął się od niego gwałtownie. Nie spojrzał na niego, bał się tego, co mógłby zobaczyć. Bał się, że mógłby zechcieć jednak z nim zostać.
Biegł.
Biegł.
Biegł.
Nie wiedział nawet, kiedy znalazł się na ulicy, kiedy wsiadł w taksówkę. Nie ostrzegł rodziców, że wychodzi, jednak nie pierwszy raz niczego im nie mówił. Jeśli później skłamie, nikt się nie zorientuje, że było inaczej.
„Przeklęty Sylwester” – myślał, wyglądając przez okno. Czekał jedynie, aż samochód zatrzyma się przed jego własnym domem, by móc pobiec prosto do swojej własnej sypialni.

Tam dla odmiany było wszystko. Ogromny telewizor, półki z książkami, duży, nowoczesny komputer. Wydawał się zagracony, jednak było to tylko złudzenie wywołane obrazami chłopaka. Były mroczne, często rozmazane. Deszcz, noc, burza. Używał tylko ciemnych, smutnych kolorów. Na płótno przelewał swoje uczucia. Był utalentowanym malarzem, jednak nie łudził się, że będzie robił to zawodowo. Rodzice nigdy by mu nie pozwolili. Bał się, że mogliby go wydziedziczyć. A on był zależny od ich pieniędzy – w „prawdziwym” świecie nie umiałby sobie poradzić. Zdjął z siebie ubranie, zrzucając je gdzieś na podłogę. Nie musiał sprzątać. Gosposia zawsze robiła to za niego.
Poszedł do łazienki i szybko wszedł pod prysznic, uprzednio rozpuszczając swoje piękne włosy. Były gęste, długie, jak na chłopca. Bardzo o nie dbał, by mimo farbowania, robienia pasemek były mocne.
Długo stał pod wodą, pozwalając by gorącymi strumieniami oplatała jego ciało. Był bardzo zły na siebie, że na to wszystko pozwolił. Jednak nie mógł zapomnieć Marcusa. Jak to się stało, że nie spotkał go wcześniej? Odniósł wrażenie, że ta sypialnia, do której do zaprowadził, była jego. Zapewne mieszkał w tej ogromnej posiadłości. Dlaczego więc nigdy wcześniej go nie spotkał? To nie był pierwszy jego Sylwester w tym domu. Matka Jamesa, Sylvia White, była dobrą przyjaciółką pani domu, gospodyni każdego tamtejszego przyjęcia. W końcu westchnął, otrząsnął się z myśli. Coraz bardziej się na siebie wściekał, że nadal to wszystko odnawiał we wspomnieniach.
Jednak zasnął nadal mając w pamięci czarnowłosego. Dotykając swoich ust, wspominając ciepło jego oddechu. Za ostatnią swoją myśl, przed oddaniem się w ramiona Morfeusza, gotów był się rzucić z jakiegokolwiek balkonu. Bowiem tuż przed zaśnięciem pożałował, że uciekł.
* * *
Obudził się dosyć gwałtownie i szybko rozejrzał się po pokoju. Każdy tak reagował, jak miał zły sen, prawda? Jednak sen Jamesa był przyjemny. Aż nazbyt przyjemny i właśnie to go obudziło. Tak bardzo nie chciał, by to sprawiało mu przyjemność.
Śnił mu się Marcus.
Znów byli w tym mrocznym pokoju. Mężczyzna znów go całował. W taki sam sposób, jak wtedy. Coś jednak było inne. Kiedy bowiem Jim zerwał się do ucieczki, czarnowłosy zdążył go złapać. Trzymał go mocno za dłoń i przyciągnął do siebie. Niemal czuł pod palcami jego silne ramiona.
- Przecież wiem, że tak naprawdę tego chcesz – usłyszał jego szept. Tak cichy, łagodny. Właśnie taki, jaki zapamiętał. Chciał się wyrwać i uciec, jednak ciało odmówiło mu posłuszeństwa.
- Naucz mnie… - wyszeptał drżącym głosem, wbijając swoje intensywnie zielone oczy w jego – Naucz mnie kochać… - poprosił tylko, pozwalając by ich usta ponownie się połączyły. Czuł, jak jego duże, delikatne dłonie wsuwają się pod białą koszulę, czuł bicie jego serca. Nagle poczuł się szczęśliwym. Zaczął odczuwać przyjemność, dreszcz podniecenia przeszył jego ciało i zrozumiał, że kieruje swoją dłoń na krocze Marcusa…
Był naprawdę wdzięczny, że się obudził. Jednak szybko zrozumiał, że nadal jest podniecony. Zwykle wystarczał mu zimny prysznic, jednak dziś wsunął dłoń pod kołdrę. Po raz pierwszy nie fantazjował o aktorce, modelce, czy tej nowej w klasie, która tak mu się spodobała. Nie mógł się powstrzymać od fantazji o tym samym mężczyźnie, którego pocałunek tak doskonale pamiętał. I chociaż cały czas miał wrażenie, że się przez to rozpłacze jak dziecko, zaczął odkrywać, że to całkiem przyjemne. Zaczął rozumieć, że wcale nie musi być gejem, że może być biseksualny. To by tłumaczyło, dlaczego tak unikał kontaktu fizycznego z kolegami. Dlaczego zaczął unikać sportu, zaniechał treningów sztuk walki. Podświadomie się bał, że go to podnieci. I nagle był pewien, że to by się właśnie stało. Nagle pogodził się z prawdą.
- James! – usłyszał wołanie gospodyni, a po chwili kobieta zastukała w drzwi. Chłopak zadowolony z tego, że skończył, nim w drzwiach pojawiła się okrągła, uśmiechnięta głowa niskiej, krępej kobiety, pobiegł do łazienki. Bystre oczy pani Donovan uchwyciły tylko młode, szczupłe ciało chłopca z w połowie opuszczonymi bokserkami, znikające w osobnym pomieszczeniu.
  - Nie wybrałbyś się do sklepu? Pan White jest już poza domem, jego żona nadal śpi, a ja mam mnóstwo rzeczy do zrobienia.. – rzuciła gwoli wyjaśnienia. Wiedziała, że blondyn się zgodzi. Często wyświadczał jej takie przysługi. Tylko ta kobieta go zauważała. Jednak miała zbyt dużo pracy, by poświęcać mu czas. Była przecież jedyną pracownicą tego domu i musiała robić wszystko. Weszła bez pozwolenia do sypialni, kładąc na stoliku nocnym, obok budzika, karteczkę z listą potrzebnych rzeczy. Były to tylko spożywcze drobiazgi, jak wyraźniej dopiero dziś zauważyła, że brakuje jej składników by przygotować obiad. James miał własną kartę kredytową, brał pieniądze z konta rodziców dowolnie od potrzeb, bo było ich na to stać, dlatego nie potrzebował niczego poza listą zakupów.
Kiedy wyszedł z łazienki, ubrany w proste, jasnoniebieskie jeansy i czarny podkoszulek, pośpiesznie poszukał swoich zimowych butów i kurtki. Szybko ubrał się, wyciągając spod ubrań swoje włosy, które teraz barwną kaskadą ułożyły się na czerni ciepłego okrycia.
Prawie wybiegł z domu, zadowolony, że może się czymś zająć. Na zakupach uwinął się szybciej, niż przewidywał. Szedł pieszo, chłodne powietrze otrzeźwiało jego młody umysł ze snów i wspomnień. Patrzył pod nogi w obawie przed poślizgiem. Ale znał tę okolicę, wiedział, jak iść.
  Dziś jednak pojawiła się przeszkoda. Przeszkoda miała czarne spodnie wsunięte w glany. Kiedy spojrzał wyżej, udało mu się dostrzec czarny, szczelnie zapięty płaszcz i zmierzwione krótkie włosy. Teraz odkrył, że bladą twarz po całości przecina głęboka blizna, z oczy faktycznie są całkowicie czarne i głęboko osadzone jak dwa węgielki. Ten mężczyzna mógłby budzić grozę, ale Jim uznał, że jest przystojny. Że blizna nie szpeci, lecz dodaje uroku. Że Marcus jest taki, jaki powinien być.
„Idealny”
- Zanim cokolwiek powiesz – głos niczym nie różnił się od tego ze snu. Zaczął się zastanawiać, czy ten człowiek ma jakieś uczucia, czy naprawdę jest tak spokojny, jaki się wydaje być. – Nie chciałem cię wtedy przestraszyć.  Widziałem cię na poprzednim przyjęciu u Tamary, to moja siostra, nie odmówiła, gdy nalegałem, by na to także zaprosiła ciebie i twoją rodzinę. Poprzednio nie zdążyłem do ciebie podejść: tak szybko zniknąłeś… - coś jeszcze mówił, jednak James niezbyt go słuchał. Mężczyzna pochylił się nieco, mówiąc, chciał patrzeć mu w oczy. Jim jednak patrzył tylko na te przecięte blizną wargi. Nie słuchał jego słów, bo nagle odkrył, że ten człowiek jest niezwykle przystojny. Nagle zrozumiał, że go pociąga.
- Jesteś piękny – ten komplement przedarł się przez myśli i otrząsnął Jamesa. Poczuł, jak pieką go policzki, jednak winę zrzucał na chłód.
- Pozwól, bym cię kochał – szepnął, a ciepły oddech mężczyzny omiótł jego usta – Nauczę cię kochać. Możesz być szczęśliwy – usłyszał, nim go pocałował. Tym razem nie uciekł. Wiedziony impulsem upuścił torbę z zakupami i objął czarnowłosego, oddając pocałunek.
* * *
Kolejnego Sylwestra nie spędzał z rodzicami. Stał na balkonie i patrzył w niebo podziwiając fajerwerki. Za sobą czuł ciepło swojego mężczyzny, czuł jego dłonie na własnych. Już nie odczuwał, że może być zimno. Już zapomniał, jaki był kiedyś. Już wszystko było inne. James nareszcie był szczęśliwy. I miał nadzieję, że tak zostanie już na zawsze.


Przepraszam, 
jeśli pojawią się w tekście jakieś drobne literówki.
~ S.